TOSKANIA - Nasze doświadczenia

TOSKANIA - nasze doświadczenia Sam czekałem na ten wpis, i przede wszystkim czas kiedy będę mógł usiąść i go dokończyć. Tyle słyszeliśmy o tym regionie, większość osób będąca, planująca Włochy jako swój kierunek albo tam była, albo będzie. Albo ma rozkochany ten region i nie widzi innego miejsca na ziemi niż właśnie tam. Nasze doświadczenia z Italią są wieloletnie, choć kraj ten skrywa przed nami jeszcze wiele tajemnic i obszarów których nie znamy. I takim miejscem była właśnie Toscania, Toskania, Toscana, czy jak kolwiek chcielibyśmy to pisać. Pomysł na wyjazd pojawił się dość spontanicznie, bo dostaliśmy zaproszenie – albo jak to określić propozycję nie do odrzucenia. Spędzenia tam czasu „ile chcemy, jak chcemy i kiedy chcemy”. Nie mając więc konkretnych planów na wakacje, -jakoś nie umiemy planować długo przed. Poza tym nauczeni doświadczeniami z dzieciakami, które lubiły nam te plany weryfikować. Także raczej zakładamy sobie w większości przypadków tzw ostatnią chwilę. Nasz punkt wypadowy to małe miejsce w granicach Lucca. Kilka dni wcześniej na kilku znanych stronach w internecie doczytaliśmy że to dobry region i pod względem samego miasteczka Lucca i jako baza wypadowa. OK – super mówimy, będziemy więc jak to określić może prawie w paszczy Lwa. Do morza też niedaleko – tak przynajmniej wnioskowaliśmy po mapie i ilości palców :-). Dojazd. Od nas to zaledwie ok 290km, czyli jeszcze na tyle blisko by nie planować całodziennej podróży, a w zasadzie po wysikaniu dzieciaków powinniśmy dotrzeć na jednym pęcherzu. Droga to w zasadzie cały czas autostrada, od nas wjazd 4km, tam zjazd podobnie, więc luzik. Ruszyliśmy, więc. Fakt że z lekkim opóźnieniem bo mieliśmy wyjechać ok 12tej a chyba zamknęliśmy drzwi w domu ok 16tej ;-), ale w końcu jesteśmy we Włoszech i sami mamy urlop. Nie jedziemy też do Hotelu więc spokojnie. Dla mnie podróże autostradą po tym kraju są raczej monotonne. Każda z nich wygląda w zasadzie identycznie, chryzantemy na środku, te same stacje, które wyglądają identycznie, te same barierki itd.. może z niewielką różnicą kiedy jeździliśmy na głębokie południe Autostada Adriatica po 18tej godzinie za kierownicą stawała się koszmarem. A tu po znaku Toscany szukaliśmy tych jakże przekazywanych i zachwalanych nam widoków. W sumie to liczyłem też że jadąc jakoś teoretycznie blisko morza, choć przez chwilę odkryje nam swój widok, bezskutecznie. Los chciał że nie przywitała nas ta kraina otwartą bramką - dosłownie, bo nasz Telepass właśnie tam przestał działać i musieliśmy czekać na interwencję obsługi. Udało się zjechać, i dojechać szczęśliwie do celu. Pierwsze wrażenia Trochę smutne połacie. Rozumiem że byliśmy w małej mieścinie, ale to ciągle przedmieścia jakże zachwalanej Lucca. Po drugie, to właśnie wioski i małe miasteczka są zachwalane w tym regionie. Nie wiem, dość dziwny obraz ukazał się naszym oczom. Poza tym wyjeżdżając z gwarnej różnokolorowego regionu Gardy. To co zastaliśmy było jakby właśnie szare. Chociaż fakt, te domy z kamienia, i charakterystyczne wykończenia czerwonych cegieł czy też pewnie specjalnie nazwanych niezagodpodarowanych ostatnich pięter pełniących jak wnioskuję rolę izolacji przez słońcem. Ale dla nas też rzuciły się w oczy śmieci, te w porozrywanych workach leżały naprawdę w wielu miejscach, zatoczkach na ulicy, a nawet w tunelach lokalnych dróg. W naszym najbliższym otoczeniu też było bardzo dużo pustostanów, co nadawało wyludniały charakter tego miejsca. Było jednak wspólny mianownik między naszymi regionami – kukurydza ;-). Choć w naszym już z tydzień przed wyjazdem zaczęli kosić i jej wysokość była oszałamiająca, to w Toskanii była ona o połowę niższa, no i liczne winnice. Nie piszę tego wszystkiego po to by kogoś zniechęcić. To są tylko nasze opinie i podkreślam zaledwie kawałeczka pewnie tego dużego regionu, który skrywa masę tajemnic. Jakich – może właśnie ktoś mi podpowie. Bo przez architekturę ich miast tych, które zwiedzaliśmy czyli Pisa i Lucca, i tych murów, zamkniętego starego miasta. Odnoszę wrażenie że były to bardzo odizolowane regiony w przeszłości. A ich historia może się bardzo różnić od południa Włoch, gdzie wszyscy żyli na wzniesieniach i co górka, to gęsto zabudowane miasteczko. Albo jak w naszym regionie, co górka to zamek większy lub mniejszy i zabudowania. Co wyróżnia region Toskanii w historii tego kraju. Bo mam też wrażenie że właśnie i lokalsi tam są dość zamknięci – to takie odczucie po obcowaniu z przez nasz krótki okres właśnie w kilku miejscach. W porównaniu do południa gdzie otwartość Włochów była dla nas wręcz trochę męcząca, albo nawet tu na północy widać uśmiech ludzi na ulicach, to tam nam tego brakowało. Obyczaje Mam wrażenie że podczas naszego pobytu ludzie których spotykaliśmy byli jak na Włochów dość zamknięci i tacy odizolowani. Nie mówię tu o osobach spotykanych na ulicy czy w miejscach publicznych, sklepie czy przed lodziarnią. Ale np. tych na szlakach. Turystów można poznać, z reguły to tzw nieogar na twarzy, rozbiegane oczy które chcą zobaczyć wszystko naraz itd… ale Ci wyglądający na lokalnych dzików, w mojej ocenie byli zamknięci. Nawet na naszych szlakach rowerowych kiedy to mijaliśmy inne osoby na rowerach (i nie byli to obwieszeni sakwami podróżnicy) a normalni ludzie którzy wsiedli na rower by dotrzeć gdzieś blisko rzadko kiedy nawet odpowiadali Ciao, czy spotykali się wzrokiem. Innym spostrzeżeniem to zwyczaje na drodze. O ile południe Włoch przyzwyczaiło nas do trochę podobnych z którymi spotkaliśmy się w Toskanii, to północ jest jak inny świat. To w Toskanii jadąc nawet 56km/h na ograniczeniu 50 to w zasadzie każde auto nas wyprzedza. Przejeście dla pieszch, wyprzedzanie, skrzyżowanie też, poza terenem zabudowanym zakręty podjazdy – ryzyko. Trochę odwykłem od takich zasad na drodze. Dodatkowo mam wrażenie że wszędzie próba jazdy zgodnie z przepisami wywoływała u innych uczestników ruchu duże emocje za naszym autem. Dla porównania na południu problem był podobny z tą różnicą że tam Ci na plecach jakoś z luzem do tego podchodzili to w Toskanii czułem wzrok mijanego kierowcy, który próbuje wbić mi nóż w plecy. PISA miasto zdecydowaliśmy zwiedzić, albo zobaczyć bardzo pobieżnie. Wręcz przelotem, i rowerami. Zaparkowaliśmy auto na obrzeżnym parkingu opisanym jako park and ride. Wsiedliśmy na rower i heja. Całkiem fajnie to szło do momentu kiedy wjechaliśmy za mury starego miasta. Tam zderzyliśmy się z tłumem ludzi. Jakby ktoś ich tam wszystkich zamkną i siedzieli w tych czerwonych cegłach. No szok, bez kitu. Z wielkim trudem przecisnęliśmy się do miejsca którym mogliśmy zrobić zdjęcie i próbowaliśmy ruszyć dalej. Trochę zwróciliśmy na siebie uwagę, bo mam wrażenie że gdybym miał większą przyczepkę, mógłbym otrzymać kilka ofert przejazdu od wschodnich turystów jako riksza. I tyle było Pisy. Także jeśli ktoś mówi że w naszym Sirmione jest dużo ludzi to zapraszam do Pisy – tak dla porównania. Stąd w pośpiechu ruszyliśmy nad morze – kierunek Marina di Pisa. Marina di Pisa tutaj zdecydowaliśmy się przyjechać rowerami. Dzień wcześniej szybki skan mapy, stwierdzam OK -jest jakaś rzeka, droga, przejedziemy przez Pise i skierujemy nasz sprzęt w kierunku morza. Założenia były spoko, rzeczywistość lekko to zweryfikowała. Otóż przejazd przez Pise, jako tako nam poszedł, ciśnienie podniesione. Nawet chyba lepiej niż czasami wychodzi nam jazda po Weronie. Ale później to była jakaś jazda bez trzymanki. Nie liczyłem na ścieżkę rowerową bo widziałem że jej nie ma. Ale planowa nasza trasa SP224 przy teoretycznie rzece, którą oceniłem ze zdjęć satelitarnych jako całkiem dostępna dla rowerów z dziećmi okazała się przejazdem przez pole minowe. A minami byli właśnie wcześniej wspomniani kierowcy. Ograniczenie 70, miejscami 50 ale nie wierzę że ktoś jechał tam wolniej niż 90 lub 100. Do tego wyprzedzanie na trzeciego więc nasze rowerki i przyczepka...przyznam że często uciekaliśmy na pobocze – w sumie nie wiem co tacy kierowcy mają w głowach. Że ja jako rowerzysta jadąc w drugą stronę mam ustąpić mu miejsca bo on wyprzedza – w sumie z logiką niektórych regionów we Włoszech, - że ten ma pierwszeństwo kto bardziej zdecydowanie jedzie. A moje zdecydowanie z dziećmi w przyczepce w na obcej drodze było minus 10. Więc zjeżdżałem, i potrzebowałem dwie pauzy na poboczy by nabrać oddechu. I to bardzo, bardzo mnie dziwi. Dlaczego tak znane dwa miejsca jak miasto PISA i jej Marina, odległość mniej niż 10km NIE MA TRASY ROWEROWEJ. Potencjał jest - fajna droga wodna przy której można by zrobić coś spacerowo rowerowego i połączyć te dwa miejsca. No ale nie ma - zostaje droga która nie jest łatwa. OK, ale dotarliśmy na miejsce. Morze, plaża – białe kamienie, woda bardzo czysta. Mało ludzi. Pomimo drogi którą przejechaliśmy było to najlepsze miejsce na plaży podczas naszego pobytu. Drugi raz przyjechaliśmy tu autem. Naprawdę bardzo w porządku, polecam to miejsce z ręką na sercu. Parking 50euro centów za godzinę, i pierwsze pół godziny darmowe. Woda czysta – nawet bardzo, choć zimna ;-P ale wiadomo to zależy. Przy drodze bardzo miłe bary i knajpki – takie swojskie bez ochów i achów, raczej dostępne dla każdego. Klimat wśród ludzi całkiem normalny, bez jakiegoś spoglądania bokiem dziadków że przywieźliśmy dwa Demogorgony, które raczej nie siedzą z książką i nie opowiadają w ciszy wierszy. Baaa… drugim razem wyczailiśmy miejsce gdzie mieliśmy obok siebie plażę kamienistą która nam rodzicom bardziej pasuje bo nie ma wszech wchodzącego piasku, który po kilku godzinach jest naprawdę męczący, a za 10metrów plażę piaszczystą z mega łagodnym wejściem do wody dla dzieci, to był czad. Bo tylko wtedy kiedy nasze najmłodsze chciało wejść do wody (a rybką to on nie jest) chop na piaseczek i łagodne wejście. Tak to se siedział na leżaczku i ogarniał boki, kiedy ja z Zośką raczej wybieramy miejsca do popływania w maskach. Także, tak jeśli macie te same konfiguracje, z ręką na sercu polecamy to właśnie miejsce – PISA DI MARINA. Na powrót zdecydowałem że pojedziemy trochę okrężną trasą bo na mapie przez teren zielony itd… gdzie droga wydawała się bardziej dostępna dla rowerów – niestety tylko na mapie. I była lekko powtórka z rozrywki, choć dużo krótsza, bo później uciekliśmy na wał przy kanale i drogę żwirową i tak dotarliśmy do Pisy i auta. Trochę okurzeni, ale na pewno bezpieczniej i zdrowiej niż w tym gąszczu aut. Spiaggia di Vecchiano to region położony na północ od Pizy. Park krajobrazowy, dość dziki. Na wjeździe zakazy, zakazów. Ale raczej większości plażujących nie dotyczą. Tam może rzeczywiście przyjemnie jeździło by się rowerem, ale odrzuciłem ten pomysł jak tylko dowiedziałem się że jest tam plaża piaszczysta. Niestety nie po to dbam o swoje napędy, i jak to Paulina twierdzi czyszczę rower nawet po dniu kiedy nim nie jeżdżę by ten krótki czas na piasku narobił mi problemów. Przed wjazdem do krajobrazowego parku, proponuję Wam zaopatrzyć się we wszystko co będzie potrzebne- czyli zakupy. My nie jesteśmy z tych którzy co krok idą do baru i wydają 2 euro za butelkę wody, czy kanapkę która leży tam pół dnia na słóńcu. Wolimy zdecydowanie ogarnąć jak najwięcej rzeczy w sklepie domu i mieć gotowe, a zakupy na plaży ograniczać do lodów czy drinka - tego przecież nie zabierzemy. My musieliśmy się niestety wracać do oddalonej kilka km miejscowości by zrobić małe zakupu. Ale to jako wskazówka – nie narzekam, szanuję. Jest obszar taki a nie inny i bardzo dobrze że jest tak chroniony. Może lepiej byłoby gdyby ktoś o niego tam zadbał częściej niż raz na 10 lat, posprzątał, no ale rozumiem też że nie na wszystko jest kasa. Dobrze jest jak jest. Dotarliśmy na parking, choć przyznaję że złamaliśmy tu przepisy, bo przerosła mnie kwota 2 euro na godzinę za parkowanie auta!! Więc znaleźliśmy sobie miejsce trochę obok, zresztą nie tylko my. Fakt że oddalone lekko dalej ale 10e mieć w kieszeni to lepiej mieć niż nie mieć :-P a spacer nam się przydał. Spacer do wejścia na plażę skąd myśleliśmy że to już blisko, a okazało się że nasze przejście wydłużyło się i naprawdę było daleko. Nawet z wyznaczonego parkingu i najbliższego miejsca od wejścia przejście było długie. Mówię tu o wejściu na plaże darmową przy ujściu rzeki Serchio. Plaża piaszczysta, z mnóstwem powyrzucanych z morza gałęzi i drzew. Co stwarzało naprawdę fajny klimat tego miejsca. Myślę że gdyby było mniej ludzi było by całkiem ładnie. Chociaż czego się spodziewać na wybrzeżu Włoch w takim miejscu w miesiącu sierpniu. Dobrze że bez problemu znaleźliśmy miejsce na naszą bazę i mogliśmy biwakować nie wchodząc na czyjeś ręczniki i leżaki. Woda bardzo ciepła. Nie wiem czy przez wpadającą obok rzekę, czy takie prądy. Ale ciepła, długo było płytko więc dobrze dla najmłodszych. Przez piasek zero przejżystości, ale nie była ona potrzebna. Jeśli chodzi o region, plaża i otoczenie całkiem fajnie jeśli szuka ktoś dzikich i spokojnych miejsc, lubi spacery w cichym lesie i oooo….właśnie w tym klimacie. My z tobołami dla dzieciaków, i dwójką na pokładzie, która po zejściu z plaży tak nagle opada z sił że potrzebny byłby koń do targania tych zwłok. Ale daliśmy radę, wszyscy zmotywowani jakimiś tam hasłami dotarli szczęsliświe do auta ;-) VIAREGGIO nasz trzecie i ostatnie miejsce plażowania. Najbardziej oddalony, więc już autem. Tam przyznam że długo szukaliśmy miejsca – wszystko prywatnie i przy hotelach. Przez ilość turystów dzikie tłumy, wszystko się świeci, gra i śpiewa. Przy morzu ciągle hotele, prywatne plaże, długa ścieżka rowerowa która jak dla mnie zrobiła cały klimat. To była bomba tego miejsca. Bardzo dużo ludzi na rowerach, całkiem przyjemny klimat. Pomimo tego że szukaliśmy miejsca do zaparkowania prawie tyle samo długo co jechaliśmy tam autostradą, to wspominam to miejsce bardzo przyjemnie. Poczułem tu trochę taki Gardowy klimat, przez ilość hoteli, knajp taki gwar na ulicy. To całkowite przeciwieństwo do wcześniej opisywanego miejsca. Pod każdym względem. Tutaj nawet co 10 minut przechodził ktoś po plaży, więc nawet jeśi czegoś zapomnieliście ze sklepu to można kupić u obnośnych sprzedawców. O dziwo ceny np. lodów tj w sklepie. Zawsze boje się takich akcji, bo to dzieciaki wykrzyczą tego gościa on podejdzie itd.. i już głupio nie kupić loda. Mówisz że dwa poproszę a on, pińset euro poproszę :-) A tu nie, 1e, jeden lód. Więc czad, wzięliśmy nawet i dla siebie i Pauliny ;-) Tutaj też jest SUPER widok. Bo z jednej strony na morze, a za plecami góry, trochę jak dolomickie szczyty. Prezentują się chyba Tośkańskie Apeniny, ale naprawdę lubię taki klimat, woda góry, Bardzo miło. Tutaj pomimo tego że trafiliśy na lekko burzowy w pobliskich górach dzień, przez co i nad morzem wiało i czerwone flagi. To włoscy ratownicy (tu rozlokowani na plaży co kilka set metrów – w zasięgu wzroku). Wyznaczali co 3-4 swoje strefy wejście do wody które pilnowali. Fale tego dnia były takie że jak wchodziłem z Zosią i była do kolan, to za chwilę woda przykrywała ją z głową. Trochę się pobawiliśmy ;-) LUCCA to miasteczko odwiedzaliśmy kilka razy - z racji że byliśmy najbliżej. Podobnie jak Pisa mury, stare miasto. Bardzo ciekawe i miłe doświadczenia własnie z murem które otacza całe stare miasto. Tam poprowadzona jest ścieżka spacerowo rowerowa, która przyciąga naprawdę dużo ludzi. Można z niej podziwiać sporą cześć starówki, no i naprawdę miło objechać dookoła całe miasteczko. Nie jest to metropolia, miłe wąskie uliczki, dużo sklepów barów knajap, jeszcze więcej pod turystów - i te miejsca turystyczne były w zasadzie jak wszędzie. Cudów tu nie odkryliśmy - no poza właśnie tym szlakiem na murach. To wspominamy bardzo dobrze i przyjemnie. Zdecydowanie mniej ludzi niż w Pisa, to też duży plus. Krótko o tym. Dla nas urlop i pobyt w Toskanii był ciekawym doświadczeniem. Na pewno region ten skrywa dużo tajemnic i miejsc do odkrycia. Każdy też potrzebuje podczas takiego czasu różnych rzeczy. Różnych standardów, a przede wszystkim aktywności. Dla jednego zaszycie się w agroturystyce, cisza spokój i daleko od domu będą odpowiednie, inni szukają czegoś do zwiedzania, albo tj my aktywnych dni i możliwie dużo czasu by zmęczyć pozytywnie siebie i dzieciaki, by na koniec dnia móc usiąść i wspominać taki dzień czy planować następne. Tego tu gdzie się znaleźliśmy nam zabrakło. Co nie oznacza że dla wielu Toskania i jej uroki będą bardzo dobre. Nie oceniam tego regionu w wymiarach polecania czy odradzania. Uważam że jest to na pewno warte odwiedzenia miejsce na mapie Włoch. Wspomniane przez nas miejsca mogą dać Wam obraz tego co my zastaliśmy i naszych odczuć. Nie wspomnę że w tej lodziarni zjedliśmy najlepsze lody, czy pizze, a już na pewno nie stworzę lity NAJ miejsc z tego czy innego w przyszłości regionu. O takie listy zaglądajcie na inne miejsca :-) W internetach jest bardzo dużo różnych tematycznych wpisów o tym czy innych miejscach przez nas wspomnianych. Nie mam na celu tu wskazywać gdzie iść, co zjeść, a już na pewno po tych 10 dniach nie odważę się zatytułować wpisów "Najlepsze miejsca w Tockanii, albo 10 Najlepszych lodziarni, itd..." w sumie to zawsze dziwię się takim wpisom w różnych miejscach. Człowiek przyjeżdża na urlop, nawet niech spędzi miesiąc czasu i jakimi ocenami kurde można tak wskazywać te 10 NAJ miejsc, jakie by one nie były. Ja po kilku latach u nas nie umiem wskazać takich miejsc bo nawet połowy z nich nie widziałem, no ale...każdy różnie pisze i ocenia. Także trochę śmieję się pod nosem jak widzę gdy widzę gdzieś w sieci wpis 10 najlepszych tras rowerowych nad Gardą - baaa... no bajka, zazdroszczę ;-) bo ja jeżdząc kolejny rok po 800km miesięcznie nie umiem stworzyć takiej listy ;-P ale idąc kupić buty nie mogę się zdecydować i często rzucam monetą lub pytam żonę - więc to może ze mną jest problem :-) Takie złośliwości wkradają mi się w ten deszczowy dzisiaj dzień. Mam nadzieję że osoby nas czytające wiedzą jak ogarniamy świat dookoła. Ja wiem też jedno, że ciężko wskazać dobre miejsce mając z tyłu głowy że to czy inne jesteśmy, byliśmy zaproszeni i warto się odwdzięczyć, albo co gorsza taki był cel pobytu. Może czasem warto mieć swoje zdanie - pomimo tego że ktoś nam coś daje. Jak my oceniamy to co widzieliśmy i mamy doświadczone na własnej skórze - i to opisujemy. Czasem może chaotycznie, ale i co z tego ;-P , nam to nie przeszkadza ;-) Podsumowanie Ale już tak w trzech zdaniach